Pan niegrzeczna rączka i co wypada młodej damie

Niedawno czytałam artykuł w lokalnej prasie o tym, że po Rynku chodzą Cyganie i chwytają młode dziewczyny za różne części ciała. Redaktor polecił, by w takich przypadkach zgłosić to straży miejskiej lub policji, bo to karalne. Zastanawiałam się, co bym zrobiła w takiej sytuacji, i w którą cześć ciała uderzyła pana narwanego. A kilka dni później byłam świadkiem takiej oto sytuacji.

Byłam latem na zakupach na giełdzie. Dzień niesamowicie upalny, żar lał się z nieba. Stoję sobie i przeglądam ciuchy, kiedy nagle słyszę za swoimi plecami krzyki młodej kobiety, ubranej w mocno wydekoltowaną bluzkę i króciutkie spodenki, ale z racji upału, mnie to nie dziwi. Używała różnych, niewybrednych epitetów w kierunku pewnego pana, który ewidentnie był wczorajszy. Niepewnie stał na nogach i wzrok mu świdrował. Dziewczyna wyzywała go, uderzała, bo jak twierdziła, owy mężczyzna uszczypnął ją w pośladek. Oczywiście on, wielce zdziwiony, o czym w ogóle jest mowa. Ludzie stali i przyglądali się tej sytuacji, gdy podeszła do nich kobieta, na oko po 60.  Pani ta nie chciała nawet słuchać o tym, co wydarzyło się przed chwilą, i od razu rzuciła się z pretensjami do będącej już na skraju płaczu młodej dziewczyny. „Młodej damie nie wypada używać takich słów, taka ładna buzia, a tak brzydko mówi. Jak tak można? Tyle ludzi dookoła, naprawdę wstyd!”. Tamta zdążyła się popłakać, pan patrzył na obie chmielnym wzrokiem, a babcia głosiła kazania na cały głos. Po kilku minutach wzajemnych krzyków na siebie towarzystwo się rozeszło a ja miałam mętlik w głowie.

Dziewczyna miała prawo tak zareagować, facet naruszył jej nietykalność, każdy by wybuchnął na jaj miejscu. Ale po stronie starszej pani też leży trochę racji. Mimo wcześniej pory dookoła stały dzieci przyglądając się zdezorientowane całej sytuacji. A czym skorupka za młodu nasiąknie…. Co bym zrobiła? Nie wiem. Pewnie chciałabym kopnąć gościa z całej siły tam gdzie zaboli, ale czy złość by mnie nie sparaliżowała? Czy gdybym użyła podobnych epitetów, coś by to dało? Nie wyglądał na kumatego, może nawet by się tym nie przejął. Albo po prostu chodzić w worku po kartoflach, może wtedy by nie zaczepił…

Zajęcia nie zawsze są nudne ;)

  • co to jest?
  • gumka.
  • gumka to służy do czegoś innego. To jest RE-CE-PTU-RKA!

 

  • Mam problem z przeliczeniem dawek maksymalnych dla małego dziecka, każdy wzór pokazuje inną wartość i nie wiem którą wziąć.
  • Zrób tak, jakbyś robiła dla swojego dziecka. Chcesz mieć dzieci?
  • Nie.
  • Ale wcale?
  • No wcale, nawet w przyszłości.
  • Mhm. No to mamy problem.

 

  • Ta butelka ma wąski wlew, boję się że przy przelewaniu część przeleję.
  • Przelać można tylko po pijaku. Ty jesteś pijana?
  • No nie…
  • To lej i się nie martw!

O ludzkiej samotności

Historię tą opowiadał mi pewien ratownik medyczny, z którym miałam szkolenie z pierwszej pomocy.

Była noc, jego ekipa akurat miała nocny dyżur. Z dyspozytorni dostali wezwanie na drugi koniec miasta do starszej kobiety z podejrzeniem zawału. Kobieta mieszkała sama, jechali więc na tyle szybko, na ile pozwalały warunki pogodowe, a była to deszczowa jesień. Gdy dotarli na miejsce okazało się, że pani nie potrafi odkręcić sobie butelki wody i nie miała kogo poprosić o pomoc. Personel był zły, porozmawiali ze staruszką, żeby tego więcej nie robiła, ale szkoda im się jej zrobiło, pomogli jej i mieli zamiar wracać. Starsza pani nie chciała jednak zostawać sama, czuła się bardzo samotna w pustym mieszkaniu, próbowała więc ich zatrzymać rozmową.

W tym momencie dostali wezwanie na drugi koniec miasta. Kilkuletnie dziecko coś połknęło, zaczęło się dławić. Nie było innej karetki by ją wysłać. Medycy zebrali się więc natychmiast i pojechali na miejsce. Dotarli za późno. Dziecko zmarło. Ekipa była załamana i wściekła, bo gdyby nie ta butelka, gdyby nie starsza pani, dojechaliby na czas. Lekarka z załogi po tej tragedii musiała pójść na kilkumiesięczne chorobowe i udać się na terapię, tak mocno to nią wstrząsnęło.Ciężko im było się z tym pogodzić, że nie uratowali malucha.

Dlaczego to piszę? Bo tyle ostatnio czyta się o znieczulicy wśród lekarzy, pielęgniarek, położnych. A nie wszyscy są cyborgami, niektórzy też mają swoje uczucia i nie przechodzą obojętnie wobec tragedii, która dzieje się na ich oczach. I mimo że minęło wiele czasu od tamtego wydarzenia, ratownik opowiadał to z łamiącym się głosem. To też są ludzie, nie maszyny. I czasem próbują się dystansować, bo by chyba zwariowali w tak ciężkiej psychicznie pracy, ale nawet jeśli nie pokazują swoich emocji to nie znaczy, że są obojętni na ludzką krzywdę.

Nie oceniaj ludzi po pozorach.

Jest lekko nieobecna, twarz ma zamyśloną. W przelocie się uśmiechnie, czasem zamieni słowo, ale głównie skupia się na tym, co w danej chwili robi. Włosy ma rude, farbowane. Gdy ktoś poprosi o pomoc, to chętnie pomoże, chociaż może ton jej głosu o tym nie świadczy, bo nie lubi, jak się ją wybija z rytmu pracy.

Prywatnie jest zupełnie inna. Lubi rozmawiać, choć woli słuchać. Jeśli potrafi, to coś doradzi. Jak nie, to chociaż pocieszy. Szczerze. A potem się martwi, i co jakiś czas pyta, czy problemy udało się rozwiązać. I robi to bezinteresownie, mimo, że gdy sama potrzebowała pomocy i wsparcia, to od nikogo jej nie dostała.

Jest nieśmiała. Trudno nawiązuje kontakty z nowo poznaną osobą. Nie wie o czym wtedy rozmawiać, bo nie cierpi wścibstwa i nie chce naruszyć cudzej prywatności. Ktoś będzie chciał, sam opowie, a ona będzie tym zainteresowana. Szczerze. A potem co jakiś czas zapyta, jak się sytuacja rozwija. Bez wścibstwa, ot tak, po ludzku.

Stara się być miła nawet dla ludzi, którzy działają jej na nerwy. Ciężko jej ukryć, gdy kogoś nie lubi, ale nie jest wredna, rozmawia z nim normalnie. Tylko bez zbędnych wylewności, o tematach zwyczajnych, bez naruszania granicy prywatności. Nie lubi fałszywości, podlizywania i sama stara się taka nie być.

Stara się nie obgadywać. Rozmawiać o kimś tak, ale nie obgadywać. Bo rozmowa o innej osobie to wymiana faktów, a obgadywanie to oczernianie i ocenianie. A ona nie ocenia, bo każdy ma prawo do własnego życia i jeśli jemu taki styl nie przeszkadza, to niech sobie tak żyje. Na zdrowie. A sekretów przyjaciół nikomu, nawet na torturach, nie zdradzi.

Nie uprawia samouwielbienia. Gdy coś jej się uda, uśmiechnie się pod nosem i przechodzi po tym do porządku dziennego. Gdy coś jej nie idzie, martwi się, stresuje, nie śpi po nocach. I zapomina o wszystkich wcześniejszych sukcesach małych i dużych, bo to nad czym tyle teraz pracuje, po prostu nie wychodzi, z przyczyn nie zawsze zależnych. Ale gdy uda jej się to dokończyć, z efektem dalekim od idealnego, ale jednak, i kamień spada jej  serca, to słyszy, że jest fałszywie skromna. Nadambitna. Że przesadza.Że to ją zgubi.

Tak łatwo jest kogoś oceniać po pozorach. Bo jak ma dobre stopnie, to taka mądra, tak szybko pojmuje. A nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić, ile pracy, energii i czasu mnie to kosztuje. Bo coś, co innemu zajmuje moment, u mnie trwa wieczność. Bo przez moja chorobę nie mogę mieć zaufania do siebie, do swojego umysłu i wszystkiego muszę uczyć się z dużym wyprzedzeniem, by jeszcze kilka razy zdążyć powtórzyć. Bo nikt nie wie, jak bardzo bolą wtedy porażki. Jak potrafi siąść psychika. Bo zamiast kogoś poznać, zainteresować sie jego problemami, lepiej ocenić z góry. Ruda, zamknięta w sobie, znaczy fałszywa z zadartym wysoko nosem, co to nie pogada. A ja wam powiem tyle-możecie mnie w ten noc cmoknąć. Nie zapomnijcie tylko wcześniej spojrzeć w lustro.

Poświątecznie

Pewnie dobrze to znacie, gdy podczas robienia świątecznych porządków znajdujecie coś, co rzuciliście w kąt, dawno o tym zapomnieliście, a potem samo wpadło w ręce. Mi wpadły moje zakupy z pasmanterii, które robiłam ostatniej „zimy”. Zamówiłam kilka całych szpulek wstążek z zamiarem robienia z nich bombek. Ale sezon się skończył, w sklepach kul nie było i wsadziłam je w szafę.

Kiedy je znalazłam, miałam nagły przypływ weny twórczej. Zamówiłam na allegro komplet styropianowych kul, dużo szpilek i wzięłam się do pracy. Pierwsze dzieła wyszły średnio, przez brak wprawy i za dużą średnicę kuli. Ale późniejsze wyglądały już lepiej i postanowiłam obdarować nimi przyjaciółki. Powstały trzy, czwarta jest w trakcie pracy. Gdy ją skończę, zamówię sobie jajka i będę się bawiła w robienie pisanek ;)

(przepraszam za jakość, robione telefonem)

20150105_113857_Fotor 20150105_114056_Fotor 20150108_192111

Starcie z emerytkami, czyli pierwsze koty za płoty.

Ech, emerytki… Czy w Was budzą też taki lęk jak we mnie? Szczególnie te świeżynki, które dopiero co zakończyły pracę i chyba nie bardzo potrafią odnaleźć się w nowej sytuacji…

W przerwie świątecznej musiałam załatwić praktyki w aptece ogólnodostępnej. Żeby się na nich nie nudzić, wybrałam sobie taką, która ma bardzo konkurencyjne ceny w porównaniu z innymi, więc ciągle jest tam ruch i mnóstwo roboty. Poza tym koleżanka robiła w niej praktyki rok temu, teraz sobie w niej dorabia i bardzo ją chwali. Dała mi znać, kiedy będzie kierowniczka żeby mi podpisała papiery. A jako że tam zawsze są tłumy, powiedziała, żeby nie stać i nie czekać, tylko od razu podejść do jakiegoś farmaceuty.

Kolejkę, która miała dobre 15 metrów na dworze, widziałam już z drugiego końca tej ulicy. Zastanawiałam się, czy wypada jakoś uprzedzić oczekujących, że wejdę bez czekania. Ale że dostrzegłam tylko kobiety w przedziale wiekowym 55-70, a mając duże doświadczenie po wielu wizytach w przychodni wiem, że z takimi wczesnoemerytkami w dyskusję się nie wchodzi. Ona zawsze ma racje, zawsze wie lepiej, zagada na śmierć i trzy razy mi powie, jaka to jestem źle wychowana, a i tak kazałyby mi czekać w wężyku. Postanowiłam przejść koło nich jak najszybciej i wejść do środka. Były tak pochłonięte rozmową o swoich wszystkich dolegliwościach i chorobach połowy rodziny i sąsiadów, że nawet mnie nie zauważyły. Zorientowały sie dopiero, gdy drzwi zaskrzypiały. Usłyszałam pełne oburzenia, że „przecież jest kolejka”. Rzuciłam krótkie „ja nic nie kupuje” i weszłam.

W środku na szczęście stała farmaceutka, która nie obsługiwała, a wypełniała papierki. Zagadałam, zawołali po gościa, który zajmuje sie praktykantami. W międzyczasie ucięłam sobie pogawędkę z dwoma pracownicami apteki. I nagle usłyszałam skrzypienie drzwi za sobą, a potem szarpanie za moją torbę. Wściekła odwróciłam się przez ramię, a za mną stała najaktywniejsza z wężyka i chyba najbardziej schorowana. „Pani to kolejka nie obowiązuje?” Miałam ochotę odpowiedzieć, że przyszłam wykupić cały zapas jej leków i dla niej nic nie zostanie. Wkurzona odpowiedziałam, że nie, nie obowiązuje. Ona wyszła oburzona, a farmaceutki w śmiech,i mówią, że to normalne i żebym się przyzwyczaiła.

W aptece zagadała też do mnie moja koleżanka, opowiedziałam jej tą sytuację i powiedziała, że będę tak miała na co dzień. Więc co, codziennie, przez calutki miesiąc, będę musiała prosić jaśnie hrabiny o pozwolenie na wejście do środka i odbycia praktyk? Niedoczekanie! Gdy wyszłam z apteki, owa kobieta (jak ona to zrobiła, że kolejka szybko sie przesuwała do przodu, a ona ciągle stała pod drzwiami jako pierwsza do wejścia, nie wiem), powiedziała głośno, że JEST ZIMNO I ONI CZEKAJĄ, A TAKA TO SIĘ WPYCHA. No cóż, trzeba będzie zrobić zapas melisy i znaleźć kurs cierpliwości, bo nie wiem jak mój cięty język to wytrzyma…

 

Dzieci w sieci

Ostatnio tablicę na facebooku zawala mi masa zdjęć pociech moich koleżanek czy rodziny. Jednorazowo, dodane 10-20 zdjęć, i taka seria ląduje w sieci średnio co miesiąc. Na jednym zdjęciu dziecko szeroko się uśmiecha, na drugim uśmiecha się słabiej, na trzecim już wcale. Zdjęcie czwarte-maluch ma oczy otwarte, na piątym lekko przymyka, by na szóstym całkowicie je zamknąć. Oglądając je mam wrażenie, że ktoś mi włączył stopklatki filmu. Co druga fotka opatrzona jest podpisem: „prawda, że moje dziecko jest najpiękniejsze na świecie?”. „Nie, nie jest”, ciśnie się na usta. A zdjęcia noworodków? Na każdym dziecko śpi. Na każdym jest nagie i ułożone w pozycji embrionalnej. Cud, miód i orzeszki, ale tylko dla rodziców.

Próba rozmowy na ten temat z matkami kończy się stwierdzeniem:”nie masz dzieci to się nie wypowiadaj”. Owszem, nie mam. Ale gdybym miała, nie wrzucałabym obszernej fotorelacji z każdego etapu rozwoju malucha. Chciałabym wtedy zachować coś dla siebie, momenty ważne dla rodziców, nie dla całego świata. Bo, większość ma swoje dzieci i obserwuje te chwile we własnym życiu. Bo mając „prawa autorskie” do dziecka, rodzice nie mają prawa do jego wizerunku. I sama nie byłabym zadowolona, gdyby moi rodzice umieszczali masę moich zdjęć w sieci.

Według mnie jest to forma pewnego e-ekshibicjonizmu. Że niby pisanie bloga też? Ok, też. Tylko że pisanie jest anonimowe, nikt nie wie kim jestem. A nawet jeśli moi znajomi tu trafią to raczej nie domyślą się, że ja to ja. Ale jest też inna wada upubliczniania zdjęć- do sieci ma dostęp cała masa pedofili. Wrzucając różne zdjęcia rodzice nawet nie zdają sobie sprawy, na jakie niebezpieczeństwo narażają swoje pociechy. To, co trafia do internetu, nigdy z niego nie znika a autor traci prawa do fotek. Zdjęcie może zostać wykorzystane w różny sposób wykorzystane i na to nie ma się wpływu. Tak więc, więcej rozwagi rodzice, a mniej lansu.

Studencka twórczość przedwykładówkowa

Wykładówka już za moment,
jak słabo napiszę-ze wstydu spłonę.
Wkuwam więc sobie leki śmiało,
byle czystych kartek nie brakowało.
Tu pierścienie, tam zygzaki,
wypisały się mazaki.
Biorę inne długopisy,
tworzę nowe brudnopisy.

Tutaj salmeterol narysuję,
sześć węgli-mam pięć, nie pasuje!
Tam karwedilol,
dwa benzeny, w środku pirol.
A biedny Apo-pindol,
posiada tylko indol,
i tak się tym zestresował,
że wszystkie beta-receptory zablokował.
Ergoliny- żaden problem!
Te naturalne i syntetyczne pochodne,
po pół strony każdy wzór zajmuje,
całe szczęście ich nazwy kolokwium nie obejmuje.

Ręka już mnie boli od pisania,
przydałoby się coś miejscowo znieczulającego do zaaplikowania.
Cały współczulny przerobiony,
jutro cholinergiczny będzie gnębiony.
Neuro i muskulotropowe
mają wzory trochę kijowe.
Potem szybko pokarmowy
i nauka będzie z głowy.

I choć jestem dopiero w połowie
tyle wzorów krąży mi po głowie.
A gdy już skończę to może
jakąś zwrotkę to dołożę.

Jeszcze żyję.

Noo ładnie, prawie miesiąc mnie nie było!

Na uczelni totalny Meksyk. Co poniedziałek i co piątek mam kolokwia, a do tego dochodzą inne przedmioty. Śpię po 5-6 godzin na dobę. Mój cykl dnia jest bardzo monotonny: wstać-iść na zajęcia-uczyć się-spać. Niedługo zapomnę, jak wyglądają rodzice, mimo że z nimi mieszkam. Padam na twarz ze zmęczenia ale jeszcze nigdy tak bardzo nie czułam, że farmacja to kierunek dla mnie. Lubię uczyć się tych przedmiotów (no dobra, nie wszystkich), wiem, że to mi się w życiu przyda i pomoże innym. Chyba poczułam powołanie ;)

I dalej jestem singielką. Z wyboru. Spojrzałam na wakacje z perspektywy czasu i zauważyłam, jak bardzo się różnimy. Jak bardzo do siebie nie pasujemy. Dwa światy. On pisze, chce się spotkać, ale naprawdę wolę się uczyć. Ostatnio książki są dla mnie najlepszą wymówką. Wiem, że jestem okropna, że powinnam mu wprost powiedzieć, że możemy się tylko kumplować. Każdy by się domyślił, że jeśli ktoś nie znajduje dla niego czasu, to trzeba dać sobie spokój. Ech, głupia ja i naiwna…

O miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej.

Chyba każda mała dziewczynka marzy o tym, że jak dorośnie, to założy piękną suknię ślubną, będzie wyglądać jak księżniczka z bajki i przed ołtarzem wygłosi słowa przysięgi małżeńskiej. A potem, jak to w bajkach bywa, będą z księciem żyli długo i szczęśliwie…

Ale życie bywa okrutne i weryfikuje nawet najdokładniejsze plany. Pokazuje, że książę ma daleko do ideału, a słowa przysięgi małżeńskiej można, nomen omen, między bajki włożyć. Że ludzie zapominają o obietnicy, którą składali w dniu ślubu i niszczą wszystko, co przez lata udało się wspólnie zbudować. I gdy usłyszałam historię pewnego małżeństwa od mojej przyjaciółki, zaczęłam się zastanawiać, co właściwie ta przysięga daje? Że już zawsze będziemy mogli na tej drugiej osobie polegać, że nigdy nas nie zawiedzie? Ano nic, zero pewności, zero gwarancji…

Byli małżeństwem z kilkunastoletnim stażem. Z pozoru normalna, typowo polska rodzina. Oboje pracowali, wychowywali dwójkę dzieci. I ich syn miał dwudniową wycieczkę szkolną. Poszukiwali rodziców do opieki, którzy zgodziliby się pojechać. I zgodził się on, ponieważ jest policjantem i mógł sobie dostosować tak grafik pracy, by owe dwa dni mieć wolne.

Wieczorem, gdy młodzież miała czas wolny, syn poszedł do pokoju ojca. Tam nakrył go z jedną z nauczycielek. A ojciec poprosił go, by to zostało ich męską tajemnicą, bo po co mama ma się martwić? Ale mama się dowiedziała, od razu po powrocie. Syn nie wiedział, jak się względem niej zachować, ona widziała że coś przed nią ukrywa. I powiedział.

Początkowo myślała, że to koniec ich małżeństwa. Ale on zapewniał, że to jednorazowo, że nigdy wcześniej nic nie było i nie będzie. Szkoda jej było rodziny więc chciała wybaczyć. Ale że odbudować zaufanie jest bardzo trudno, zaczęła go sprawdzać. I to, co odkryła, było dla niej ogromnym szokiem i ciosem.

Otóż jej mąż, jej cudowny, kochający mąż, zdradzał ją od siedmiu lat. Od siedmiu lat umawiał się z przypadkowymi kobietami na seks. Jednorazowo, zaspokajał potrzebę i wracał do domu. Do żony, do dzieci. Jej mówił, że ma wezwania, bo przecież jest policjantem. A jechał do kolejnej panienki….

Przejrzała na oczy, są w trakcie rozwodu. Facet miał świetną wymówkę, ona nie miała jak się domyslić. A może nie potrafiła? Myślała, że są szczęśliwi, i pewnie byli. Tylko on to szczęście znajdywał poza domem, o ile można nazwać szczęściem samo zaspokajanie potrzeb fizycznych. A co z przysięgą, którą kiedyś składali? Gdy ślubował jej wierność i uczciwość aż po grób? No tak, między bajki….